25 października 2015

O Mojmirze

Targ był tego dnia wy­jąt­ko­wo za­tło­czo­ny. Żeby to wszy­scy dia­bli wzię­li i wsa­dzi­li sobie w rzyć, po­my­ślał Moj­mir roz­sier­dzo­ny. Z tru­dem prze­ci­skał się przez fa­lu­ją­cy, wo­nie­ją­cy potem i ry­ba­mi tłum. Ktoś we­pchnął mu ło­kieć mię­dzy żebra, ktoś inny na­dep­nął na stopę.
Moj­mir war­czał pod nosem prze­kleń­stwa pod ad­re­sem wszyst­kich stra­ga­nia­rzy, ich klien­tów i Sławy, która po­sła­ła go po spra­wun­ki. Sama od kilku dni bez prze­rwy pra­co­wa­ła nad suk­nią ślub­ną dla swo­jej sio­stry, uro­czej dziew­czy­ny o słusz­nych kształ­tach i krą­gło­ściach we wła­ści­wych miej­scach, a i w kilku do­dat­ko­wych także. Sława w ostat­nim mo­men­cie po­sta­no­wi­ła, że suk­nia bę­dzie wy­glą­dać zu­peł­nie ina­czej niż za­kła­da­ła. Tego ranka, z pro­mien­nym uśmie­chem prze­kro­czy­ła próg kuźni, gdzie Moj­mir pra­co­wał nad kol­czu­gą, dla kró­lo­wej wiecz­nie bia­łej kra­iny – Eter­nix . Kol­czu­ga ta skła­dać miała się ze sta­lo­wych kółek, wy­mo­de­lo­wa­nych tak, by przy­po­mi­na­ły płat­ki śnie­gu. Po­mysł był kar­ko­łom­ny, ale je­że­li na kon­ty­nen­cie ist­niał kowal mo­gą­cy po­do­łać temu wy­zwa­niu, to był nim wła­śnie Moj­mir. Sława sko­rzy­sta­ła z tego, że przy­jaź­ni­ła się z nim od wielu lat, znała jego ta­len­ty, skłon­ność do próż­no­ści, a także dobre serce, ule­głe na bła­ga­nia i czułe na po­czu­cie winy. Spraw­nie ma­new­ro­wa­ła mię­dzy tymi wła­ści­wo­ścia­mi Moj­mi­ro­we­go cha­rak­te­ru – miała w tej ma­te­rii spore do­świad­cze­nie. Do swo­jej pra­cow­ni wró­ci­ła od­pro­wa­dzo­na przez ko­wa­la, gna­ją­ce­go na targ po zło­co­ne ko­ron­ki i inne drob­nost­ki, któ­rych jej za­bra­kło.
– Nigdy wię­cej – wy­mam­ro­tał Moj­mir, pró­bu­jąc do­pchnąć się do han­dla­rza, ma­ją­ce­go naj­więk­szy wybór je­dwab­nych nici, z któ­re­go w za­stra­sza­ją­cym tem­pie zni­ka­ły aku­rat te zło­co­ne. – A mówią, że bieda w kró­le­stwie.
Za­ję­ty próbą we­pchnię­cia się mię­dzy męż­czy­znę o ga­ba­ry­tach niedź­wie­dzia i wcale nie skrom­niej­szym owło­sie­niu, a ob­ści­sku­ją­cą się parę, która z nie­wia­do­mych po­wo­dów po­sta­no­wi­ła oka­zy­wać sobie uczu­cia w tym nie­ty­po­wym miej­scu, nie zwró­cił uwagi na dreszcz bie­gną­cy mu po ple­cach. Po­czuł przy­jem­ną woń prze­bi­ja­ją­cą się przez na­tu­ral­ny fetor nad­mor­skich tar­gów. O dziwo, nie był to za­pach świe­żych bułek, ziół, czy eg­zo­tycz­nych owo­ców, które z re­gu­ły do­da­wa­ły otu­chy noz­drzom in­te­re­san­tów targu. Był to za­pach kwia­tów. Kwia­tów nie sprze­da­wa­nych już o tej porze roku. Kon­wa­lii.
– Weźże ją, smar­ka­czu, pod pachę i za­pro­wadź do sto­do­ły ojca, skoro się nie wzbra­nia i zleź­że z drogi – mruk­nął kowal, po­py­cha­jąc mło­ko­sa tak, że jesz­cze bar­dziej na­parł na roz­chi­cho­ta­ną dziew­czy­nę. Sam wy­pa­try­wał źró­dła za­pa­chu.
– Mój oj­ciec nie ma sto­do­ły – od­po­wie­dział mło­dzian, szcze­rząc bez­czel­nie nie­zbyt równe zęby i wró­cił do prze­rwa­nych czyn­no­ści, nie prze­su­wa­jąc się nawet o mi­li­metr.
 Wśród ogo­rza­łych słoń­cem twa­rzy mi­gnę­ła isto­ta o licu tak bla­dym, że nie­mal bia­łym. Moj­mir za­trzy­mał się, za­po­mi­na­jąc o ni­ciach. Wzrok utkwio­ny miał w nie­zna­jo­mej, nie­mal lśnią­cej wśród po­krzy­ku­ją­cej ga­wie­dzi. Jej jasne włosy po­ru­sza­ły się lekko, uno­szo­ne przez wiatr znad wody. Roz­glą­da­ła się jak gdyby szu­ka­ła cze­goś. Przez bar­dzo krót­ką chwi­lę za­trzy­ma­ła wzrok na Moj­mi­rze. Duże, okrą­głe oczy o dziw­nym, ni to nie­bie­skim, ni sza­rym ko­lo­rze, przy­po­mi­na­ją­cym nieco barwę nieba przed burzą, za­bły­snę­ły cie­niem uśmie­chu. Po­pra­wi­ła wi­sior, zni­ka­ją­cy pod lekko prze­źro­czy­stą su­kien­ką i po­sła­ła ko­wa­lo­wi spoj­rze­nie spod dłu­gich rzęs. Wyraz twa­rzy miała nie­win­ny, ale było w tym ge­ście coś nie­przy­zwo­ite­go. A potem znik­nę­ła. Tak szyb­ko jak się po­ja­wi­ła. Ulot­nił się też za­pach kwia­tów, co Moj­mir od­czuł rów­nie bo­le­śnie.
Słoń­ce pa­li­ło nie­mi­ło­sier­nie, gdy kowal, zlany potem, wlókł się wokół placu w kie­run­ku domu Sławy, znaj­du­ją­ce­go się nie­mal po dru­giej stro­nie mia­stecz­ka. Gwar tar­go­wi­ska cichł stop­nio­wo, ulicz­ki były nie­mal puste. Po­kaź­ne domy kup­ców po­wo­li ustę­po­wa­ły miej­sca mniej­szym dom­kom rze­mieśl­ni­ków. Ciało Moj­mi­ra po­ru­sza­ło się ulicą w dół, jego umysł dry­fo­wał wśród do­my­słów. Wie­dział, że nie­zna­jo­ma nie jest z jego mia­sta. Nie śmiał nawet wąt­pić, że była z bo­ga­te­go domu, wska­zy­wa­ła na to jej jasna skóra. Moj­mir znał wszyst­kie miej­sco­we panny po­cho­dzą­ce z do­brych ro­dzin, gdyż czę­sto bywał na dwo­rze. Za­zwy­czaj ze wzglę­du na licz­ne zle­ce­nia wy­ko­ny­wa­ne dla króla, ale także kró­lew­ską pychę po­chwa­le­nia się przed go­ść­mi, że oto ten słyn­ny Moj­mir, kowal, ar­ty­sta to jego pod­da­ny, nie­mal przy­ja­ciel. To on, król, po­znał się na ta­len­cie chło­pa­ka i miał udział w po­wsta­wa­niu ge­niu­szu. Co nijak miało się do praw­dy, ale Ni­no­gniew nie był kró­lem, któ­re­mu na­le­ża­ło się sprze­ci­wiać z tak bła­hych po­wo­dów.
Szyb­ko minął dom To­mi­ry, córki naj­bo­gat­sze­go kupca w mie­ście, a może i w całym kró­le­stwie. Za każ­dym razem gdy to robił, my­ślał o pra­wie na­rze­czo­nej, o jej peł­nych, za­wsze zwil­żo­nych czub­kiem ję­zy­ka war­gach. O krą­głych po­ślad­kach nie­śmia­ło wy­ła­nia­ją­cych się spod mo­do­wej no­win­ki – przy­wle­czo­nej z da­le­kie­go za­cho­du – maj­tek, ko­ron­ko­we­go strzęp­ka ma­te­ria­łu ma­ją­ce­go ponoć za­stą­pić wszech­obec­ne, ba­weł­nia­ne pan­ta­lo­ny. Moj­mir z re­gu­ły całym sobą był za upo­wszech­nie­niem się tego do­bro­dziej­stwa. Z re­gu­ły my­ślał też o tym, że To­mi­ra zanim sią­dzie mu na ko­la­nach i wy­ry­su­je czub­kiem ję­zy­ka wil­got­ną ścież­kę od wraż­li­we­go miej­sca tuż za uchem po szyi, aż do oboj­czy­ka, a potem niżej przez klat­kę pier­sio­wą, brzuch i znów w dół… bę­dzie na­rze­ka­ła zrzę­dli­wie, że wciąż nie za­pi­sał się do Gil­dii Oczysz­cza­nia Pusz­czy Dor­su­um. I tym razem my­ślał­by o tym, gdyby jego umy­słu nie za­przą­ta­ła drob­na, trój­kąt­na twa­rzycz­ka z małym, za­dar­tym no­skiem i bu­rzo­wy­mi ocza­mi. O spoj­rze­niu, które spra­wi­ło, że dreszcz ogar­nął jego ciało, mimo upału.
***
Nie­wiel­kie kółka z drutu, ma­ją­ce stać się imi­ta­cja­mi śnie­ży­nek, roz­płasz­cza­ły się i de­ze­lo­wa­ły w drżą­cych dło­niach Moj­mi­ra. Cze­lad­ni­cy pa­trzy­li z ukosa na swo­je­go mi­strza. Pierw­szy raz wi­dzie­li, by w bez­sil­nej zło­ści rzu­cał na­rzę­dzia­mi i klął, jak przy­sta­ło przed­sta­wi­cie­lom zgoła innej pro­fe­sji. W końcu, po ponad dwóch go­dzi­nach nada­rem­nych sta­rań, ze­rwał się rap­tow­nie z pień­ka i wy­szedł, zło­rze­cząc na upał, unie­moż­li­wia­ją­cy pracę.
***
Nie mogąc uwol­nić się od za­pa­chu kon­wa­lii i mocy spoj­rze­nia nie­zna­jo­mej, Moj­mir skie­ro­wał się do Pusz­czy Dor­su­um. Wie­ko­we­go lasu, któ­re­go drze­wa w wietrz­ne dni do­ty­ka­ły ga­łę­zia­mi ostat­nich domów mia­sta. Lasu, któ­re­go bano się kar­czo­wać i dla­te­go roz­bu­do­wy­wa­no mia­sto w wąską kre­skę wci­śnię­tą mię­dzy brzeg morza, a tenże las, a w głąb lądu do­pie­ro tam, gdzie koń­czy­ła się wschod­nia ścia­na drzew. Pusz­czy, gdzie wio­sną kwi­tły kon­wa­lie. I choć Moj­mir wie­dział, że nie znaj­dzie nawet jed­ne­go kwia­tu, któ­re­go za­pach tak bar­dzo chciał­by po­czuć, nogi same za­pro­wa­dzi­ły go wą­ziut­ką ścież­ką na po­la­nę, która wio­sną gęsto oto­czo­na była na­brzmia­ły­mi, bia­ły­mi dzwo­necz­ka­mi, cięż­ko zwi­sa­ją­cy­mi z wiot­kich ło­dy­żek. Nie­wie­lu miesz­czan wie­dzia­ło o jej ist­nie­niu. Mało kto miał na tyle od­wa­gi, by zbyt­nio za­pusz­czać się w ponoć ma­gicz­ną knie­ję Dor­su­um.
Wie­dział też, że o tej porze dnia po­la­na ską­pa­na bę­dzie w cie­niu oka­la­ją­cych ją dębów. Łu­dził się, iż przy­jem­ny chłód orzeź­wia­ją­cy ciało, po­mo­że też ostu­dzić umysł. Moj­mir ko­chał ko­bie­ty. Cza­sem bar­dziej niż do­słow­nie, ale nie zwykł roz­my­ślać o nich go­dzi­na­mi. Nawet To­mi­ra, je­dy­na jak dotąd, o któ­rej po­my­ślał w ka­te­go­riach bar­dziej za­awan­so­wa­nych niż tylko obo­pól­ne za­spo­ko­je­nie, nie za­przą­ta­ła jego myśli tak na­tar­czy­wie.
Padł na trawę po­środ­ku le­śnej łącz­ki, za­ci­ska­jąc oczy i pró­bu­jąc wy­obra­zić sobie plą­ta­ni­nę ukwie­co­nych pną­czy, ma­ją­cych zło­żyć się na na­pier­śnik dla Ra­do­sta, kró­lew­skie­go sio­strzeń­ca. Mu­siał za­snąć, bo obu­dzi­ło go ła­sko­ta­nie w oko­li­cach nosa. Usiadł gwał­tow­nie po­cie­ra­jąc twarz wierz­chem dłoni. Per­li­sty chi­chot spra­wił, że osłu­piał. Tuż nad nim stała ko­bie­ta. Nie wi­dział jej twa­rzy, bo skry­wa­ły ją włosy, wciąż do­ty­ka­ją­ce jego twa­rzy. Śmie­jąc się, od­rzu­ci­ła pu­szy­ste pukle do tyłu. Moj­mir za­marł. Miał wła­śnie zru­gać dow­cip­ni­się, gdy spoj­rzał w jej oczy. Oczy ni to nie­bie­skie, ni szare. Za­chły­snął się. Chciał się po­de­rwać. Ode­zwać. Za­py­tać o coś, lecz spraw­ny na co dzień język i wcale nie gor­sza eru­dy­cja, nie mogły prze­bić się przez mur oszo­ło­mie­nia.
 – Ciii – mruk­nę­ła roz­ba­wio­na.
Znów spoj­rza­ła na niego tak, jak na targu, lecz tym razem już bez uda­wa­nia nie­wi­niąt­ka. Tym razem bez­czel­nie, pewna swo­je­go. Od­wró­ci­ła się tyłem i spraw­nym ru­chem ścią­gnę­ła su­kie­necz­kę. Stała przed nim zu­peł­nie naga, złote, gęste włosy spa­da­ły ka­ska­dą, opie­ra­jąc się aż na nie­zwy­kle kształt­nych wy­pu­kło­ściach koń­czą­cych plecy. Zer­k­nę­ła na niego znad ra­mie­nia i za­chi­cho­ta­ła po­now­nie. Za­mia­ta­jąc zło­ci­stą kur­ty­ną, od­wró­ci­ła się i ru­szy­ła w jego kie­run­ku bar­dzo po­wo­li, kro­kiem tak lek­kim i płyn­nym, iż wy­da­wa­ło się, że unosi się nad tur­ku­so­wą trawą. Jej wdzię­ki ko­ły­sa­ły się hip­no­ty­zu­ją­co. Moj­mir wes­tchnął ocza­ro­wa­ny. Przez mo­ment po­ża­ło­wał, że za na­mo­wą ojca, zre­zy­gno­wał z mło­dzień­czych ma­rzeń o na­ukach u poety Nada­ra na rzecz ko­wal­stwa. Miast tego, za­klął dla roz­ła­do­wa­nia emo­cji. Bar­dzo szpet­nie, ale jako czło­wiek kul­tu­ral­ny, bar­dzo cicho, by nie ura­zić nie­wie­ścich uszu. Ogar­nął wzro­kiem jesz­cze raz pełne, ide­al­nie jędr­ne i kształt­ne pier­si z de­li­kat­nie ró­żo­wy­mi sut­ka­mi, smu­kłą talię gład­ko prze­cho­dzą­cą w krą­głe bio­dra, a dalej w do­sko­na­le wy­rzeź­bio­ne uda. Jasna skóra zda­wa­ła się świe­cić wła­snym bla­skiem, roz­ga­nia­jąc cień pa­nu­ją­cy na po­la­nie. Wes­tchnął raz jesz­cze, a zaraz potem jej cie­płe, mięk­kie usta przy­kle­iły się do jego spierzch­nię­tych warg.
Po­czuł cie­pło pier­si przy­ci­ska­ją­cych się do jego torsu, uda opla­ta­ją­ce go w pasie i fi­li­gra­no­we dło­nie wple­cio­ne we włosy. Po­ru­szy­ła się po­cząt­ko­wo wolno, jakby nie­śmia­ło, lecz każdy ko­lej­ny ruch sta­wał się pew­niej­szy, bar­dziej zde­cy­do­wa­ny. Moj­mir, pierw­szy raz w życiu onie­śmie­lo­ny, do­pie­ro po chwi­li za­re­ago­wał piesz­czo­tą na jej gor­li­wość. Wbiła pa­znok­cie w jego plecy, każdy zo­sta­wił ślad, pul­su­ją­cy go­rą­cem, roz­sy­ła­ją­cy dreszcz roz­ko­szy do resz­ty ciała. Jej szyb­ki od­dech po­wo­li prze­ra­dzał się w jęk, za­ję­czał też wiatr mię­dzy drze­wa­mi, choć po­wie­trze na po­la­nie wciąż stało, dusz­ne, go­rą­ce. Ko­chan­ka po­ru­szy­ła się jesz­cze raz, gwał­tow­nie. Oczy miała za­mknię­te. Wy­gię­ła się w łuk, a drze­wa po­chy­li­ły nad nimi. Za­pach kon­wa­lii z mocą ude­rzył w noz­drza Moj­mi­ra – słod­ki, in­ten­syw­ny, osza­ła­mia­ją­cy. Mię­śnie na­pię­ły się w ocze­ki­wa­niu. Białe świa­tło eks­plo­do­wa­ło pod po­wie­ka­mi. Prze­ni­kli­wy ja­zgot pta­ków ucichł, za­głu­szo­ny szu­mem krwi w uszach.
Chłod­na trawa przy­jem­nie ła­sko­ta­ła roz­grza­ne plecy ko­wa­la. Ptaki znów śpie­wa­ły bez­tro­sko, a kilka nie­śmia­łych, po­ma­rań­czo­wych pro­my­ków zdo­ła­ło prze­drzeć się na po­la­nę. Gła­dził ramię ko­chan­ki, ak­sa­mit­ne w do­ty­ku, jesz­cze nie­na­tu­ral­nie roz­grza­ne. Sły­szał jak wzdy­cha, a jej od­dech po­wo­li się uspo­ka­ja.
– Nawet nie wiem jak masz na imię – szep­nął, do­ty­ka­jąc jej karku. Nie od­po­wie­dzia­ła, ale po­czuł, że się uśmie­cha.
– Diana
– Diana – po­wtó­rzył, ba­wiąc się lśnią­cym pu­klem.
– Muszę iść – po­wie­dzia­ła nagle, zwin­nie wsta­jąc.
– Jak to? Kiedy znów się spo­tka­my?
Po­ki­wa­ła prze­czą­co głową.
– Nigdy Moj­mi­rze.
Moj­mir nie przy­po­mniał sobie, by zdą­żył się przed­sta­wić. Otwo­rzył usta, lecz Diana przy­ło­ży­ła do nich swój smu­kły palec.
– Nie mo­żesz być smut­ny – oznaj­mi­ła, prze­ko­na­na o słusz­no­ści swo­ich słów. – Bądź dumny Moj­mi­rze, bę­dziesz ojcem kró­lo­wej.
Pierw­szy raz uśmiech­nę­ła się na tyle sze­ro­ko, że mógł zo­ba­czyć jej zęby – białe, drob­ne i spi­cza­ste .
***
– Dzi­wo­żo­na – stwier­dził ba­jarz bez cie­nia za­sko­cze­nia.
– Ano – mruk­nął Moj­mir – Ale to nie wszyst­ko. Żeby to było wszyst­ko, to może i bym był rad. Osię­bo­rze, chwi­lę póź­niej z krza­ków wy­la­zło jesz­cze pięć, pięć ta­kich jak ona. I one przy­ja­cie­lu… – za­jąk­nął się.
– Wiem co zro­bi­ły – Osię­bor uśmiech­nął się ze zro­zu­mie­niem w swo­ich zbyt mło­dych, nie­pa­su­ją­cych do dłu­giej siwej brody oczach. – Ciesz się, że nie zro­bi­ła tego jak za­wsze, ry­tu­al­nie. Na środ­ku placu. Pod czuj­nym spoj­rze­niem wszyst­kich dzi­wo­żon tej czę­ści kon­ty­nen­tu.
Kowal spur­pu­ro­wiał na po­licz­kach, z re­zy­gna­cją w ciem­nych oczach zła­pał za kufel i opróż­nił go do dna. Po raz ko­lej­ny już tego wie­czo­ra. Osię­bor klep­nął go w ramię i za­śmiał się do­bro­dusz­nie.
– Tak po praw­dzie, nie wiem w czym pro­blem. Sam mó­wi­łeś, dziew­ka ładna, w do­dat­ku kró­lo­wa, a to za­szczyt kró­lo­wą… – prze­rwał na mo­ment, szu­ka­jąc od­po­wied­nie­go słowa. – No, ten… W każ­dym razie, po­chę­dóż­ka przed­nia…
– Słu­chaj no, Osię­bor – za­pe­rzył się Moj­mir. – Mia­łem dzie­wek wię­cej, niż ty bajań znasz, a i roz­ma­it­sze niż twoje bajki były – Osię­bor chciał za­prze­czyć, ale nie miał w zwy­cza­ju sze­rzyć nie­praw­dy, więc ski­nął tylko. – I ja ci mówię, to po­chę­dóż­ka nie była, to… było coś wię­cej.
– To może ta le­śni­ca wcale nie przy­pad­kiem cię wy­bra­ła. Sam nie wiem, czy bar­dziej je­steś sław­ny jako kowal, czy jako kur­wiarz. Chwa­lą cię pa­nien­ki, przy­znam nie­chęt­nie – przy­znał Osię­bor, fak­tycz­nie nie­chęt­nie – Może kró­lo­wa chcia­ła mieć pew­ność, że…
Jed­nak nim ba­jarz skoń­czył na głos roz­trzą­sać mo­ty­wy le­śnej kró­lo­wej, drzwi karcz­my otwo­rzy­ły się sze­ro­ko, wpusz­cza­jąc do dusz­ne­go wnę­trza nocne, rześ­kie po­wie­trze pach­ną­ce ma­ciej­ką. W drzwiach uka­za­ła się ko­bie­ta o pło­mien­nych wło­sach, ubra­na w czar­ne spodnie do jazdy i cien­ką, pur­pu­ro­wą ko­szu­lę.
– Niech to dia­bli – za­klął Moj­mir, gwał­tow­nie co­fa­jąc się w cień.
Osię­bor chciał po­ma­chać w kie­run­ku ko­bie­ty, lecz kowal sta­now­czym ge­stem przy­trzy­mał jego rękę. Dla utrwa­le­nia prze­ka­zu kop­nął ba­ja­rza w kost­kę.
– Au – jęk­nął tam­ten z wy­rzu­tem. – To prze­cież To­mi­ra. Co? Już nie pla­nu­jesz się z nią żenić?
Tym­cza­sem To­mi­ra ro­zej­rza­ła się czuj­nie. Nie znaj­du­jąc wi­docz­nie tego, czego szu­ka­ła od­wró­ci­ła się na pię­cie i opu­ści­ła karcz­mę od­pro­wa­dza­na tę­sk­ny­mi spoj­rze­nia­mi za­sia­dłych przy ła­wach bie­siad­ni­ków.
– Pla­nu­ję… chyba. Ta dziew­czy­na znów ka­za­ła mi się za­pi­sać do któ­rejś z tych głu­pich gil­dii, a ja zu­peł­nie za­po­mnia­łem to zro­bić.
– Za­po­mnia­łeś, hę? A możeś za­nie­chał, bo gdy­byś się za­pi­sał, pa­nien­ka zgo­dzi­ła­by się w końcu przy­jąć oświad­czy­ny, a ty, zo­bo­wią­za­ny, nie mógł­byś już po­chę­do­żyć bez­kar­nie na fe­sty­nach, co?
Moj­mir zmil­czał. Wpa­try­wał się z za­in­te­re­so­wa­niem w ścia­nę po dru­giej stro­nie sali.
– Do licha! Osię­bor! Ta gil­dia… To prze­cież klika zde­spe­ro­wa­nych wa­ria­tek – ryk­nął Moj­mir kle­piąc się w czoło z gor­li­wo­ścią wartą innej spra­wy.
– To te od pusz­czy? Te, co chcą ją wy­kar­czo­wać, by  znieść ogra­ni­cze­nia bu­dow­la­ne, żeby co za­moż­niej­si wiel­mo­że mogli bu­do­wać się bli­żej pa­ła­cu, a nie, jak teraz, za łu­kiem? Ofi­cjal­nie, bo sły­sza­łem, że o dzi­wo­żo­ny ba­ła­mu­cą­ce mężów cho­dzi…
– No te! Do­kład­nie. Już ja im po­ka­żę. Już ja… po­ru­szę wszyst­kie zna­jo­mo­ści. Nie tkną pusz­czy tymi swo­imi po­ob­gry­za­ny­mi pa­zu­ra­mi…
– Teraz już je­stem pe­wien, że ta leśna panna nie wy­bra­ła cię przy­pad­ko­wo, przy­ja­cie­lu.
Moj­mir uniósł brew, ale nie od­po­wie­dział. W gło­wie snuł już plan, by uniesz­ko­dli­wić zde­spe­ro­wa­ne wa­riat­ki.
– Znasz bajkę o gło­wie i szyi? – za­py­tał Osię­bor nagle.
– Nie – od­po­wie­dział Moj­mir szyb­ko. Prze­pro­sił przy­ja­cie­la i po­śpiesz­nie opu­ścił karcz­mę. Mu­siał teraz zająć się po­waż­niej­szy­mi spra­wa­mi, niż słu­cha­niem, bądź co bądź do­sko­na­łych, opo­wie­ści Osię­bo­ra.
– Może to i le­piej – stwier­dził cicho ba­jarz.

26 marca 2015

Krąg Henryka

– C-co się stało? – jęknął Henryk.
Jeszcze przed chwilą czuł ból. Potworny, wszechogarniający, zabójczy. A teraz rozsadzający każdą komórkę od wewnątrz ogień zniknął. Nagle. Niespodziewanie.  Wspomnienie oślepiających reflektorów i pisku opon sprawiło, że wzdrygnął się.
– To już nie ma znaczenia – odpowiedział mu znudzony głos. – No już, koniec tego wylegiwania, przespałeś sąd. W zasadzie nic ciekawego, ale zawsze…
– S-sąd? Jestem o coś oskarżony? – Henryk przerażony zamrugał.
Tuż obok niego, o ścianę kamiennego tunelu opierał się niewysoki mężczyzna, ubrany w zamszową kurtkę, skórzane spodnie i niezgrabne, cieniowane buty na wysokich koturnach. Jego głowę zdobiła ekscentryczna fryzura w kształcie rogów. Henryk przyglądał się przez moment specyficznemu jegomościowi. Nie mógł się przez niego skupić. Mimo to nie przypominał sobie, by na trasie, którą jechał, był jakiś tunel, ale po wypadku mógł jeszcze nie myśleć dość jasno. Białe, ciepłe światło padało zza pleców Henryka. Reflektory auta? Obrócił się, lecz zobaczył tylko ciągnący się dziesiątkami metrów korytarz. Gdzieś w oddali kończył się plamą jasności, na której tle można było dostrzec miniaturowe cienie kilku postaci.
– Czyli teraz powinienem iść w stronę światła? – zażartował niepewnie.
– Nie tym razem. – Dziwny człowieczek pokiwał przecząco głową. – Za mną.
– Dokąd?
– Tam gdzie cię przydzielili. Do piekła.
Henryk zatrzymał się gwałtownie.
– Czyli umarłem? – zapytał zbity z tropu.
– Bystry to ty nie jesteś, co?
– A ty niby kto? Diabeł?
– Diabłów jest dużo. Jestem Belzebub  – człowieczek wyszczerzył igiełkowate zęby i zmarszczył lekko czerwony nos. – Skoro wszystko jasne, ruszajmy – ponaglił go.
Henryk nie chciał iść za nieznajomym, nie wierzył w ani jedno jego słowo, ale nogi same poprowadziły go w ślad za diabłem. Korytarz zwężał się szybko, aż w końcu przeszedł w kamienne, kręcone schody. Mężczyzna stawiał ostrożnie stopy na wąskich, wyślizganych stopniach, by nie wylądować na plecach Belzebuba. Wcale nie spieszyło mu się, by zobaczyć piekło. Wciąż miał cichą nadzieję, że to sen. A jeśli nie, to że święty Piotr – czy kto tam go tu zesłał – się pomylił. Przykładnym katolikiem może nie był, ale żeby od razu do gara?
– Zabiłem kogoś w tym wypadku? – zapytał tknięty nagłym przeczuciem.
– Ciebie zabili. Nie twoja wina – odpowiedział diabeł obojętnie.
Mężczyzna westchnął nieco uspokojony. Zabójcą nie był, a to zawsze argument na korzyść. Stopnie skończyły się, a przywykłe do mroku oczy Henryka poraziło jaskrawe światło.
Daleko jak okiem sięgnąć rozpościerała się zalana słońcem, usiana kolorowymi leżakami łąka. Siedzący na nich ludzie mieli duże, wojskowe lornetki, przez które patrzyli w kierunku niemożliwego do zidentyfikowania punktu na niebie. Gdzieniegdzie z ziemi wystawały jeszcze pieńki, na których leżakujący stawiali chłodzące napoje.
– Co oni robią?
– Tęsknią. W teorii. Tak naprawdę, mogą oglądać to, co się dzieje na ziemi. Po wykupieniu odpowiedniego pakietu, ma się dostęp do opcji wyboru miejsca i daty transmisji. – Diabeł wzruszył ramionami.
– Lepsze niż telewizja. Zostanę tu? – zapytał Henryk z nadzieją.
– Ochrzczony byłeś – odpowiedział zdawkowo Belzebub.
– To kręgi piekieł? – zapytał Henryk, gdy przewodnik poprowadził go w kierunku kolejnej klatki schodowej.
– Mhm.
 Wbrew temu, co wpajano mu od dzieciństwa, piekło wcale nie wyglądało tak źle. W drugim kręgu było ciemno, lecz między ogromnymi drzewami dostrzec można było płomyki świec. Do uszu Henryka dochodziły strzępki, opowiadanych ściszonymi głosami, romantycznych historii i gorących zapewnień. Bardziej wyczuwał niż widział liczne grupki, siedzących blisko siebie ludzi. Szepty i chichoty towarzyszyły im aż do momentu, gdy las przerzedził się, płynnie przechodząc w oświetloną tysiącem lampionów polanę. Na jej skraju siedziało olbrzymie, trzygłowe psisko. Każdy z oślinionych pysków żarłocznie oblizywał swoją kość. Henryk stanął skonsternowany. To już trzeci krąg, a wciąż nie udało mu się ujrzeć na twarzach mijanych osób oznak cierpienia, próżno też było szukać ognia, rzek lawy, czy czegoś podobnego. Wręcz przeciwnie. Ten krąg jawił się jako miejsce błogiego wypoczynku, ucztowania i kontynuowania pasji z życia ziemskiego. Wokół obficie zastawionych stołów siedzieli w wygodnych fotelach biesiadnicy. Pod ich stopami skrzył się lód, lecz chłód im nie dokuczał. Ubrani w skóry i wsparci ciemnoczerwonym trunkiem, wyśpiewywali sprośne piosenki. Serce Henryka zaczynało podskakiwać z podekscytowania. Czyżby czekała na niego wieczność w miejscu lepszym niż raj? Choć początkowo planował wyprzeć się wszystkich zarzucanych mu czynów, teraz wypełniła go chęć składania nagłych donosów. Na samego siebie. Grzeszne było jego życie. Zdecydowanie.
– Czy… czy tu nie powinno być inaczej? Strasznie? Źle? Boleśnie? – upewnił się jeszcze.
– Powinno – burknął diabeł. – Ale nie jest. Ten… Najwyższy… sam nie przyjdzie sprawdzić, a anioły też mają potrzeby. Każdego można kupić, prawda starsza niż świat.
Henryk pokiwał gorliwie głową. Znał tę prawdę z autopsji, a jakże.
Faktycznie, zwrócił uwagę na zakapturzone postacie, kryjące się w cieniu. Były dziwnie niezgrabne, jakby z garbem na plecach i śpiewały nieco mniej śmiało, niż pozostali towarzysze tej wątpliwej niedoli.
– Cwane – pochwalił.
– Cwane – zgodził się Belzebub. – Idziemy dalej.
Poziom niżej znajdował się kolorowy targ, pełen przekrzykujących się przekupniów i straganów wypełnionych najróżniejszymi towarami. Belzebub ze znudzoną miną poganiał Henryka za każdym razem, gdy przystawał, by pogapić się na demonice, bezwstydnie przymierzające połyskujące brokatem, pstre stroje.
Niespodziewanie diabeł pociągnął go w wąską uliczkę. Stanęli przed połyskującymi metalem drzwiami.
– Winda? – zdziwił się Henryk. – Myślałem, że wolicie… bardziej konwencjonalne rozwiązania. Nie mogliśmy tak od razu? – rzucił, nim ugryzł się w język.
– To pierwszy szyb jaki mamy. Można się poruszać tylko między poziomami czwartym, a ósmym.
– Czemu? Nie możecie dobudować?
– A czemu czekaliście siedemdziesiąt lat na pierwszą nitkę metra? A potem dwadzieścia na kolejną?– odciął się Belzebub, popychając Henryka przed sobą do niewielkiej klatki.
– Co jest na piątym, szóstym i siódmym? – zapytał Henryk, gdy maszyna z cichym jękiem opadała, by zatrzymać się na poziomie ósmym.
– Spa, platforma dyskusyjna i ogród botaniczny. Nic ciekawego, dla tak wprawionego grzesznika jak ty.
Podłechtany pochlebstwem mężczyzna uśmiechnął się chytrze i wypiął pierś. Właśnie osiągnęli ostatni krąg, do którego mógłby przynależeć, biorąc pod uwagę życiowe dokonania. Henryk zatrzymał się i założył ręce na piersi.
– No w zdradę to mnie nie wrobisz – zaperzył się, wpijając natarczywe spojrzenie w kierującego się do niższego poziomu Belzebuba. Ten krąg w zasadzie podobał mu się najbardziej. Zwłaszcza dół uwodzicieli, gdzie grzeszący w ten sposób mężczyźni i kobiety bezustannie flirtowali, ocierali się o siebie i czort raczy wiedzieć co jeszcze. A Henryk miał nadzieję, że w zakrzewionej części dołu może liczyć na bardzo dużo tego jeszcze. Do grzechu uwodzicielstwa się przyznawał, bez wykrętów. W razie czego żonę jego własną na świadka powołać mogli, ona też by chętnie potwierdziła.
– Idziemy dalej. Do kręgu dziesiątego – odparł stanowczo Belzebub.
– Dziesiątego? To nie jest ich dziewięć?
Nie uzyskawszy odpowiedzi, ruszył za diabłem. Teraz był pewien, że jeszcze chwilę wcześniej się mylił. W chaszczach ósmego kręgu pewnie nie działo się nic. Dziesiąty. Tak, to właśnie tam musiało dziać się to wszystko, na co liczył. Zacierając ręce prawie popychał Belzebuba, by się pośpieszył. Niemal nie zauważył kompletnie pustego, dziewiątego poziomu.
– Gdzie wszyscy? – zagadnął od niechcenia, niezbyt zainteresowany odpowiedzią.
– To zdrajcy – Belzebub pierwszy raz się uśmiechnął. – Trudno od nich wymagać, że zostaną tam gdzie być powinni, kiedy wyżej tyle atrakcji. Jesteśmy – dodał przewodnik, gdy ich stopy dotknęły twardej ziemi po długim zjeździe krętą rynną. Uśmiech Belzebuba stał się złośliwy. Dopiero teraz Henryk dostrzegł bezlitosny błysk w jego oczach.
– Ale… ale jak to? – jęknął na widok niewyobrażalnych rozmiarów bieżni, po której z udręczonymi minami maszerowali zesłańcy dziesiątego kręgu.
– Tak to! – zawołał triumfalnie diabeł. – Nawet nie wyobrażasz sobie, ile kilometrów nadłożyłem z kopyta przez takich jak ty! Myślisz, że w tych butach było mi wygodnie? To za wszystkie udręczone diabły. I ludzi. Przy okazji.
– A Dante pisał o dziewięciu kręgach! – spróbował Henryk w próbie bezsensownego protestu.
– Bo w jego czasach nie było idiotów, stających na dwóch miejscach parkingowych!





2 lutego 2015

Bezsenne

Bianka spojrzała setny raz na wyświetlacz telefonu, starając się wzrokiem zahipnotyzować zegarek, by nawet nie próbował drgnąć w celu pokazania kolejnych, upływających minut. Niestety, nieczułe urządzenie niechybnie twierdziło, że za kwadrans wybije północ, a to wcale Bianki nie satysfakcjonowało. Zasiedziała się. Znów. Przyśpieszyłaby kroku, ale nie jest to łatwa sprawa, gdy ma się patyczkowe nóżki obute w glany. GLANY, nie glanopodobne wyroby noszone przez pseudorockowe modnisie. Tak, to ważne, bo prawdziwy glan musi mieć śruby i blachę, tak jak prawdziwy metal musi mieć glany. Zaś Bianka była metalem. Znaczy z wierzchu tylko brzydką dziewczynką wsadzoną w duże buty, ale wnętrze miała czarniejsze niż otaczająca ją noc. A noc wyjątkowo uparła się, by dziś czernić się szczególnie i, choć Bianka jak prawdziwy metal lubiła czerń, to ta nocna trochę jej, jednak przeszkadzała. Głównie dlatego, że w takich ciemnościach ciężko jest poruszać się z zawrotną prędkością, jaką musiałaby osiągnąć, by zdążyć na czas i nie zginąć niechybnie, przytłoczona rodzicielskimi zarzutami z kolekcji: „Zawiodłaś nasze zaufanie”. Chętnie przyświeciłaby sobie ekranem telefonu, lecz żarłoczna bateria wołała o prąd, a lepiej nie ryzykować zupełnego rozładowania, gdy zaniepokojeni rodzice czekają w domu.
Jak zwykle bywa w takich historiach, najkrótsza droga prowadziła przez wąziutki, leśny paseczek, który przybłąkał się na trasie niemal zupełnie przypadkiem. Mądre dziewczynki wolą obejść las i dotrzeć trochę później, lecz bezpiecznie. Bianka nawet przez moment chciała być mądra, ale potem dotarło do niej, że mało prawdopodobnym jest, by w tym lesiątku pojawiło się coś gorszego niż jej rozwścieczona matka, rzucająca pełne żalu spojrzenie i teatralnie zawieszająca głos. Mając taką perspektywę, las zdecydowanie jawił się jako opcja bezpieczniejsza.
Drzewa rosły dość rzadko, więc na szczęście prawdopodobieństwo uderzenia w któreś było niewielkie, wystarczyło pilnować tylko ścieżki, która w nieprzeniknionej ciemności była trochę mniej czarna. Starając się więc nie stracić z oczu tej wyblakłej linii, Bianka parła naprzód, ze wzrokiem utkwionym kilka centymetrów przed niewidocznymi czubkami butów. Przejęta zaś była tak bardzo, że zupełnie zapomniała się bać. A powinna. Bo w takich opowieściach licho nie śpi.
I faktycznie nie spało. Przyglądało się dziewczynie w skupieniu. W dodatku dokładało wszelkich starań, by poczuła niepokojące mrowienie czyjegoś spojrzenia, utkwionego w swój kark. Ta wydawała się jednak nie poczuwać. Licho tupnęło nogą, a gałązka pękła z trzaskiem. Dopiero po chwili zorientowało się, że przy rumorze, jaki robiły dziwaczne buciory ofiary, gałązka była mało zabawnym żartem, nie groźbą. Licho sapnęło, porządnie już podenerwowane. Wolało działać dyskretnie. Zasiewać ziarno niepokoju, pobudzać wyobraźnię, zostawiać posmak strachu, lecz bez bezpośredniego kontaktu. Po co ludzie mieliby plotkować, że straszy po lasach? Straciłoby prestiż, o który tak długo zabiegało. Niestety, Licho było głodne, a uparta gówniara mało podatna na aluzję. Ludzie nie potrafili już docenić finezji i kunsztu. Zupełny brak wrażliwości na prawdziwą sztukę przerażania. Cóż jakie czasy, takie metody. Licho jeszcze raz westchnęło przeciągle, mając resztkę nadziei. Liście zaszeleściły tajemniczo, a kilka kruków poderwało się do lotu, gdzieś czmychnął zając. Dziewczyna wciąż posuwała się do przodu niewzruszenie. No nic. Trzeba wyleźć. I Licho wylazło, na trochę mniej czarna ścieżkę, tuż przed nosem ignorantki.
Biance zdążył już zdrętwieć kark, ale obawiała się że, gdyby oderwała wzrok, choć na chwilę, zgubiłaby drogę. Właśnie zastanawiała się, jak długi jeszcze jest ten, przecież wąski las, gdy jej głowa odbiła się od czegoś. Chwilę jeszcze walczyła ze sobą: spojrzeć, czy próbować ominąć bez patrzenia, ale ciekawość zwyciężyła. Tyle, że przed nią było zupełnie nic. A może coś, ale nieprzenikniony mrok skutecznie stępił jej możliwości obserwacyjne. Zamrugała kilkakrotnie. Nie pomogło. Wzruszając ramionami, ruszyła dalej. A jednak! Jakaś dziwna siła zatrzymała ją. Z lekka zirytowana wyciągnęła telefon z niemal pięciocalowym wyświetlaczem, postanawiając naruszyć nadwątloną moc urządzenia. Blade światło bezczelnie padło na tyczkowatą postać, zupełnie ją oślepiając.
– Co to! – wykrzyknęło Licho, zapominając, że bardziej efektowne jest, gdy sugestywnie milczy.
– Smartfon debilu. Przejść bym chciała – warknęła i nie czekając na reakcję dziwnego gościa, minęła go. Nie zdążyła ujść kilku kroków, gdy dziwna siła znów stanęła jej na drodze. Chciała ofukać palanta, że się spieszy, lecz coś ją tknęło. Chyba właśnie mozolnie zaczęło do niej docierać, że znajduje się w lesie, jest środek cholernie ciemnej nocy, a przed nią stoi dziwne coś, co nie przypomina palanta. Ani debila. Człowieka w ogóle. Pisnęła zaskoczona, a dziwna postać jakby wypięła pierś. Wraz za tą dziwną myślą pojawił się strach. Nie jakiś tam wielki. Jak prawdziwy metal nie bała się tajemniczych mocy, kochała je. Był to strach taki trochę subtelny, prawie na pewno wynikający z elementu zaskoczenia.
– Co ty jesteś? – zapytała na wszelki wypadek, woląc wiedzieć z czym ma do czynienia.  
– Jestem zło wcielone. Demon. Źródło choroby śmiertelnej…
Bianka zadrżała i zamilkła, choć chciała odpowiedzieć coś odważnego. Coś w stylu „Dobra, dobra stań w kolejce. Matka ma pierwszeństwo”, ale jakoś tak wydawało jej się to niestosowne, gdy dziwny stwór z takim upodobaniem wymieniał swoje tytuły, z których był widocznie dumny.
– Bardzo miło poznać, serio, ale ja już muszę. Wiesz, mało wyrozumiali rodzice, te sprawy – stwierdziła nieśmiało.
– Wpierw muszę strachem twym się pożywić! – huknęło Licho, lecz nie zrobiło nic, by aktu tego faktycznie dokonać. Bianka może nawet by nie oponowała. Dopiero miałaby się czym chwalić na kolejnym spotkaniu z chłopakami z zespołu. Czas jednak naglił. Chciała zignorować stwora, lecz za każdym razem stawał jej ponownie na drodze. Złość wzbierała w niej niczym rzeka po burzy, albo trochę inaczej, ale też poetycko. Bianka lubiła poetyckie porównania. Zdrowo już wkurzona spojrzała płomiennym wzrokiem na dziwadło.
– Te, mara…
– Jam Licho! – odezwało się rzeczone, głosem pełnym urazy.
– Wybacz, ciemno jest, nie zauważyłam. To co, Licho? Materialne jesteś?
– M-a-t-e-r-i-a-l-n-e…– powtórzyło Licho z namysłem, jakby smakując słowo. Dziwne, powykręcane ciało z każdą literą zdawało się bardziej odcinać od czerni.
– Czerwone – podsunęła Bianka zaintrygowana.
– C-z-e-r-w-o-n-e… – Licho nabrało szkarłatnej barwy. Po chwili jednak potrząsnęło łbem i znów zrobiło się nijakie. Widocznie nie lubiło czerwieni. Bezguście, swoją drogą.  
– A więc tak to działa – szepnęła dziewczyna ukontentowana. – Licho, a ty piszczel masz?
– P-i-s-z-c-z-e-l…
Obuta w ciężki, skórzany, prawdziwy glan, z blachą w czubku, nóżka, zamachnęła się szeroko i zatrzymała na dopiero co zmaterializowanym piszczelu Licha. Oczy demona rozszerzyły się bardzo powoli.
– Co to? – zapytało Licho niepewnie.
– Ból – grzecznie podpowiedziała Bianka i puściła się biegiem. W ślad za nią ciągnął się skowyt bólu, okraszony nutką zaskoczenia.
Resztę drogi pokonała czymś przypominającym sprint, przekonując się w duchu, że sprint z obciążeniem uczyni jej nogi zgrabniejszymi. Z lekką zadyszką stanęła na ganku. Dom niknął w ciemności, nie rozświetlony najmniejszą żaróweczką. Może uda się uniknąć spotkania z rodzicami, ucieszyła się niezbyt pewnie. Rano powie im, że wróciła o czasie i wszyscy będą zadowoleni.
Najciszej jak potrafiła nacisnęła klamkę i z butami w dłoni przekroczyła próg. Zamykane drzwi szczęknęły cichusieńko, lecz to wystarczyło. Światło w korytarzu rozbłysło. Lekko oślepiona Binka patrzyła na kipiącą wściekłością twarz rodzicielki. Licho nie śpi, pomyślała smętnie, a przed tym konkretnym, nawet glany jej nie uchronią.

21 listopada 2014

Co powie tata?



 Tata rządzi, czyli 63 zasady szczęśliwego ojca

Chciałam na temat tej książki się rozpisać. Przedstawić o czym jest, oddać klimat, wychwalić wszystkie zalety i odnieść się do własnych doświadczeń. Ale zrezygnowałam, bo ta książka broni się sama.

Andrew Clover jest komikiem. I trochę pisarzem, a nawet nieco aktorem. Wiódł sobie szczęśliwe życie utrzymanka, spełniającego się artystycznie(przynajmniej próbującego, chyba). Aż tu nagle jego miłość, Liv, postawiła go przed faktem, jakże okrutnym dla każdego wolnego mężczyzny, postanowiła, że chce mieć dzieci. Skoro poradnik dla szczęśliwego taty powstał, nie trudno się domyśleć, że jej siła perswazji była nader wystarczająca, by niebieskiego ptaka namówić na ojcostwo. Co ciekawiej, na ojcostwo czynne, bo Andrew jako ten utrzymywany musiał pozwolić swojej wybrance wrócić do pracy, by nadal mógł próbować spełniać się twórczo, a przy okazji opiekować się córeczką.

Clover to człowiek o ciekawym podejściu do życia i takim też poczuciu humoru. Czytając ten niejako pamiętnik, miałam czasem problem z uwierzeniem, że te sytuacje zdarzyły się naprawdę, cóż takie rzeczy nie wszystkim si przytrafiają, np. nie sądzę by mój syn pokazywał kiedyś obcym ludziom taniec szalonych stóp, a może i szkoda. Rady przedstawione w książce są zabawne, czasem absurdalne, ale potwierdzone przykładami z życia i dlatego niesamowicie prawdziwe. Książka ta pokazuje zupełnie inny obraz rodzicielstwa niż ten kreowany współcześnie(matki polki-idealne itd.). Pokazuje, że istnieją rodzice którzy też przeżywają rozterki, mają czasem ochotę wziąć dzieci i wystawić je przez okno, by zażyć odrobiny upragnionego spokoju (tak, tak to okropne, wszyscy rodzice są cyborgami i wcale nie odczuwają takich potrzeb, zwłaszcza zażywania spokoju), co wcale nie znaczy, że kochają swoje pociechy mniej.  Swoją drogą to straszne, że matka publicznie mówiąca, że czasami ma ochotę pozbyć się dzieci z domu, wleźć pod koc i być kokonem jest społecznie uznawana za wyrodną. No, ale to temat na oddzielną dyskusję. 

 Wracając do tematu, najważniejsza jednak myśl, która sprawiła, że czytając tę pozycję czuje się ciepło na sercu, jest ta że rodzicielstwo to wspaniała przygoda, pełna niebezpieczeństw, strachu, nieporozumień, ale też radości i niezwykłych odkryć. Wystarczy tylko odrobina zaangażowania i kreatywności. 

Polecam nie tylko dla tatusiom i nie tylko rodzicom.

9 lipca 2013

Zero czasem znaczy więcej



Autor: Jarosław Naliwajko
Tytuł: Zero
Z okładki: Kiedyś podczas dyskusji o polskiej literaturze profesorowie Jan Błoński i ks. Józef Tischner ubolewali, że nie ma dobrej, przekonującej polskiej powieści o księdzu.

Powieść Zero wypełnia tę lukę. To powieść o księdzu. Już podjęcie tematu jest tu ogromnym walorem. Dla świeckich postać księdza (w życiu, a co dopiero w literaturze) jest owiana tajemnicą, niewiele się o nim wie, tak o jego codzienności, jak – zwłaszcza – o jego psychice, przeżyciach, doznaniach, rozterkach. Ksiądz jest traktowany w dwojaki sposób: albo z czołobitnością, bez mała jako dewocyjny obiekt kultu, albo z niechęcią, podejrzliwością, nieufnością, niekiedy wręcz otwartą niechęcią. Między dewocją a antyklerykalizmem rozciąga się oczywiście jeszcze obszar obojętności. Niewiele jest natomiast zwykłej ciekawości Innego. A ksiądz we współczesnej kulturze jest wcieleniem Innego


Maciej jest księdzem, z wyboru, choć przeciw. Przeciw rodzicom, którzy pragnęliby czego innego dla niego jak i dla brata artysty. Bo przecież to zniewaga dwóch takich synów, to jakby żadnego nie było.
Maciej jedzie na rocznicę ślubu rodziców i postanawia spędzić u nich kilka dni, pobyć razem. Jednak w jego rodzinie zwykłe pobyć nie jest tak proste jak wydawać by się mogło.