25 października 2015

O Mojmirze

Targ był tego dnia wy­jąt­ko­wo za­tło­czo­ny. Żeby to wszy­scy dia­bli wzię­li i wsa­dzi­li sobie w rzyć, po­my­ślał Moj­mir roz­sier­dzo­ny. Z tru­dem prze­ci­skał się przez fa­lu­ją­cy, wo­nie­ją­cy potem i ry­ba­mi tłum. Ktoś we­pchnął mu ło­kieć mię­dzy żebra, ktoś inny na­dep­nął na stopę.
Moj­mir war­czał pod nosem prze­kleń­stwa pod ad­re­sem wszyst­kich stra­ga­nia­rzy, ich klien­tów i Sławy, która po­sła­ła go po spra­wun­ki. Sama od kilku dni bez prze­rwy pra­co­wa­ła nad suk­nią ślub­ną dla swo­jej sio­stry, uro­czej dziew­czy­ny o słusz­nych kształ­tach i krą­gło­ściach we wła­ści­wych miej­scach, a i w kilku do­dat­ko­wych także. Sława w ostat­nim mo­men­cie po­sta­no­wi­ła, że suk­nia bę­dzie wy­glą­dać zu­peł­nie ina­czej niż za­kła­da­ła. Tego ranka, z pro­mien­nym uśmie­chem prze­kro­czy­ła próg kuźni, gdzie Moj­mir pra­co­wał nad kol­czu­gą, dla kró­lo­wej wiecz­nie bia­łej kra­iny – Eter­nix . Kol­czu­ga ta skła­dać miała się ze sta­lo­wych kółek, wy­mo­de­lo­wa­nych tak, by przy­po­mi­na­ły płat­ki śnie­gu. Po­mysł był kar­ko­łom­ny, ale je­że­li na kon­ty­nen­cie ist­niał kowal mo­gą­cy po­do­łać temu wy­zwa­niu, to był nim wła­śnie Moj­mir. Sława sko­rzy­sta­ła z tego, że przy­jaź­ni­ła się z nim od wielu lat, znała jego ta­len­ty, skłon­ność do próż­no­ści, a także dobre serce, ule­głe na bła­ga­nia i czułe na po­czu­cie winy. Spraw­nie ma­new­ro­wa­ła mię­dzy tymi wła­ści­wo­ścia­mi Moj­mi­ro­we­go cha­rak­te­ru – miała w tej ma­te­rii spore do­świad­cze­nie. Do swo­jej pra­cow­ni wró­ci­ła od­pro­wa­dzo­na przez ko­wa­la, gna­ją­ce­go na targ po zło­co­ne ko­ron­ki i inne drob­nost­ki, któ­rych jej za­bra­kło.
– Nigdy wię­cej – wy­mam­ro­tał Moj­mir, pró­bu­jąc do­pchnąć się do han­dla­rza, ma­ją­ce­go naj­więk­szy wybór je­dwab­nych nici, z któ­re­go w za­stra­sza­ją­cym tem­pie zni­ka­ły aku­rat te zło­co­ne. – A mówią, że bieda w kró­le­stwie.
Za­ję­ty próbą we­pchnię­cia się mię­dzy męż­czy­znę o ga­ba­ry­tach niedź­wie­dzia i wcale nie skrom­niej­szym owło­sie­niu, a ob­ści­sku­ją­cą się parę, która z nie­wia­do­mych po­wo­dów po­sta­no­wi­ła oka­zy­wać sobie uczu­cia w tym nie­ty­po­wym miej­scu, nie zwró­cił uwagi na dreszcz bie­gną­cy mu po ple­cach. Po­czuł przy­jem­ną woń prze­bi­ja­ją­cą się przez na­tu­ral­ny fetor nad­mor­skich tar­gów. O dziwo, nie był to za­pach świe­żych bułek, ziół, czy eg­zo­tycz­nych owo­ców, które z re­gu­ły do­da­wa­ły otu­chy noz­drzom in­te­re­san­tów targu. Był to za­pach kwia­tów. Kwia­tów nie sprze­da­wa­nych już o tej porze roku. Kon­wa­lii.
– Weźże ją, smar­ka­czu, pod pachę i za­pro­wadź do sto­do­ły ojca, skoro się nie wzbra­nia i zleź­że z drogi – mruk­nął kowal, po­py­cha­jąc mło­ko­sa tak, że jesz­cze bar­dziej na­parł na roz­chi­cho­ta­ną dziew­czy­nę. Sam wy­pa­try­wał źró­dła za­pa­chu.
– Mój oj­ciec nie ma sto­do­ły – od­po­wie­dział mło­dzian, szcze­rząc bez­czel­nie nie­zbyt równe zęby i wró­cił do prze­rwa­nych czyn­no­ści, nie prze­su­wa­jąc się nawet o mi­li­metr.
 Wśród ogo­rza­łych słoń­cem twa­rzy mi­gnę­ła isto­ta o licu tak bla­dym, że nie­mal bia­łym. Moj­mir za­trzy­mał się, za­po­mi­na­jąc o ni­ciach. Wzrok utkwio­ny miał w nie­zna­jo­mej, nie­mal lśnią­cej wśród po­krzy­ku­ją­cej ga­wie­dzi. Jej jasne włosy po­ru­sza­ły się lekko, uno­szo­ne przez wiatr znad wody. Roz­glą­da­ła się jak gdyby szu­ka­ła cze­goś. Przez bar­dzo krót­ką chwi­lę za­trzy­ma­ła wzrok na Moj­mi­rze. Duże, okrą­głe oczy o dziw­nym, ni to nie­bie­skim, ni sza­rym ko­lo­rze, przy­po­mi­na­ją­cym nieco barwę nieba przed burzą, za­bły­snę­ły cie­niem uśmie­chu. Po­pra­wi­ła wi­sior, zni­ka­ją­cy pod lekko prze­źro­czy­stą su­kien­ką i po­sła­ła ko­wa­lo­wi spoj­rze­nie spod dłu­gich rzęs. Wyraz twa­rzy miała nie­win­ny, ale było w tym ge­ście coś nie­przy­zwo­ite­go. A potem znik­nę­ła. Tak szyb­ko jak się po­ja­wi­ła. Ulot­nił się też za­pach kwia­tów, co Moj­mir od­czuł rów­nie bo­le­śnie.
Słoń­ce pa­li­ło nie­mi­ło­sier­nie, gdy kowal, zlany potem, wlókł się wokół placu w kie­run­ku domu Sławy, znaj­du­ją­ce­go się nie­mal po dru­giej stro­nie mia­stecz­ka. Gwar tar­go­wi­ska cichł stop­nio­wo, ulicz­ki były nie­mal puste. Po­kaź­ne domy kup­ców po­wo­li ustę­po­wa­ły miej­sca mniej­szym dom­kom rze­mieśl­ni­ków. Ciało Moj­mi­ra po­ru­sza­ło się ulicą w dół, jego umysł dry­fo­wał wśród do­my­słów. Wie­dział, że nie­zna­jo­ma nie jest z jego mia­sta. Nie śmiał nawet wąt­pić, że była z bo­ga­te­go domu, wska­zy­wa­ła na to jej jasna skóra. Moj­mir znał wszyst­kie miej­sco­we panny po­cho­dzą­ce z do­brych ro­dzin, gdyż czę­sto bywał na dwo­rze. Za­zwy­czaj ze wzglę­du na licz­ne zle­ce­nia wy­ko­ny­wa­ne dla króla, ale także kró­lew­ską pychę po­chwa­le­nia się przed go­ść­mi, że oto ten słyn­ny Moj­mir, kowal, ar­ty­sta to jego pod­da­ny, nie­mal przy­ja­ciel. To on, król, po­znał się na ta­len­cie chło­pa­ka i miał udział w po­wsta­wa­niu ge­niu­szu. Co nijak miało się do praw­dy, ale Ni­no­gniew nie był kró­lem, któ­re­mu na­le­ża­ło się sprze­ci­wiać z tak bła­hych po­wo­dów.
Szyb­ko minął dom To­mi­ry, córki naj­bo­gat­sze­go kupca w mie­ście, a może i w całym kró­le­stwie. Za każ­dym razem gdy to robił, my­ślał o pra­wie na­rze­czo­nej, o jej peł­nych, za­wsze zwil­żo­nych czub­kiem ję­zy­ka war­gach. O krą­głych po­ślad­kach nie­śmia­ło wy­ła­nia­ją­cych się spod mo­do­wej no­win­ki – przy­wle­czo­nej z da­le­kie­go za­cho­du – maj­tek, ko­ron­ko­we­go strzęp­ka ma­te­ria­łu ma­ją­ce­go ponoć za­stą­pić wszech­obec­ne, ba­weł­nia­ne pan­ta­lo­ny. Moj­mir z re­gu­ły całym sobą był za upo­wszech­nie­niem się tego do­bro­dziej­stwa. Z re­gu­ły my­ślał też o tym, że To­mi­ra zanim sią­dzie mu na ko­la­nach i wy­ry­su­je czub­kiem ję­zy­ka wil­got­ną ścież­kę od wraż­li­we­go miej­sca tuż za uchem po szyi, aż do oboj­czy­ka, a potem niżej przez klat­kę pier­sio­wą, brzuch i znów w dół… bę­dzie na­rze­ka­ła zrzę­dli­wie, że wciąż nie za­pi­sał się do Gil­dii Oczysz­cza­nia Pusz­czy Dor­su­um. I tym razem my­ślał­by o tym, gdyby jego umy­słu nie za­przą­ta­ła drob­na, trój­kąt­na twa­rzycz­ka z małym, za­dar­tym no­skiem i bu­rzo­wy­mi ocza­mi. O spoj­rze­niu, które spra­wi­ło, że dreszcz ogar­nął jego ciało, mimo upału.
***
Nie­wiel­kie kółka z drutu, ma­ją­ce stać się imi­ta­cja­mi śnie­ży­nek, roz­płasz­cza­ły się i de­ze­lo­wa­ły w drżą­cych dło­niach Moj­mi­ra. Cze­lad­ni­cy pa­trzy­li z ukosa na swo­je­go mi­strza. Pierw­szy raz wi­dzie­li, by w bez­sil­nej zło­ści rzu­cał na­rzę­dzia­mi i klął, jak przy­sta­ło przed­sta­wi­cie­lom zgoła innej pro­fe­sji. W końcu, po ponad dwóch go­dzi­nach nada­rem­nych sta­rań, ze­rwał się rap­tow­nie z pień­ka i wy­szedł, zło­rze­cząc na upał, unie­moż­li­wia­ją­cy pracę.
***
Nie mogąc uwol­nić się od za­pa­chu kon­wa­lii i mocy spoj­rze­nia nie­zna­jo­mej, Moj­mir skie­ro­wał się do Pusz­czy Dor­su­um. Wie­ko­we­go lasu, któ­re­go drze­wa w wietrz­ne dni do­ty­ka­ły ga­łę­zia­mi ostat­nich domów mia­sta. Lasu, któ­re­go bano się kar­czo­wać i dla­te­go roz­bu­do­wy­wa­no mia­sto w wąską kre­skę wci­śnię­tą mię­dzy brzeg morza, a tenże las, a w głąb lądu do­pie­ro tam, gdzie koń­czy­ła się wschod­nia ścia­na drzew. Pusz­czy, gdzie wio­sną kwi­tły kon­wa­lie. I choć Moj­mir wie­dział, że nie znaj­dzie nawet jed­ne­go kwia­tu, któ­re­go za­pach tak bar­dzo chciał­by po­czuć, nogi same za­pro­wa­dzi­ły go wą­ziut­ką ścież­ką na po­la­nę, która wio­sną gęsto oto­czo­na była na­brzmia­ły­mi, bia­ły­mi dzwo­necz­ka­mi, cięż­ko zwi­sa­ją­cy­mi z wiot­kich ło­dy­żek. Nie­wie­lu miesz­czan wie­dzia­ło o jej ist­nie­niu. Mało kto miał na tyle od­wa­gi, by zbyt­nio za­pusz­czać się w ponoć ma­gicz­ną knie­ję Dor­su­um.
Wie­dział też, że o tej porze dnia po­la­na ską­pa­na bę­dzie w cie­niu oka­la­ją­cych ją dębów. Łu­dził się, iż przy­jem­ny chłód orzeź­wia­ją­cy ciało, po­mo­że też ostu­dzić umysł. Moj­mir ko­chał ko­bie­ty. Cza­sem bar­dziej niż do­słow­nie, ale nie zwykł roz­my­ślać o nich go­dzi­na­mi. Nawet To­mi­ra, je­dy­na jak dotąd, o któ­rej po­my­ślał w ka­te­go­riach bar­dziej za­awan­so­wa­nych niż tylko obo­pól­ne za­spo­ko­je­nie, nie za­przą­ta­ła jego myśli tak na­tar­czy­wie.
Padł na trawę po­środ­ku le­śnej łącz­ki, za­ci­ska­jąc oczy i pró­bu­jąc wy­obra­zić sobie plą­ta­ni­nę ukwie­co­nych pną­czy, ma­ją­cych zło­żyć się na na­pier­śnik dla Ra­do­sta, kró­lew­skie­go sio­strzeń­ca. Mu­siał za­snąć, bo obu­dzi­ło go ła­sko­ta­nie w oko­li­cach nosa. Usiadł gwał­tow­nie po­cie­ra­jąc twarz wierz­chem dłoni. Per­li­sty chi­chot spra­wił, że osłu­piał. Tuż nad nim stała ko­bie­ta. Nie wi­dział jej twa­rzy, bo skry­wa­ły ją włosy, wciąż do­ty­ka­ją­ce jego twa­rzy. Śmie­jąc się, od­rzu­ci­ła pu­szy­ste pukle do tyłu. Moj­mir za­marł. Miał wła­śnie zru­gać dow­cip­ni­się, gdy spoj­rzał w jej oczy. Oczy ni to nie­bie­skie, ni szare. Za­chły­snął się. Chciał się po­de­rwać. Ode­zwać. Za­py­tać o coś, lecz spraw­ny na co dzień język i wcale nie gor­sza eru­dy­cja, nie mogły prze­bić się przez mur oszo­ło­mie­nia.
 – Ciii – mruk­nę­ła roz­ba­wio­na.
Znów spoj­rza­ła na niego tak, jak na targu, lecz tym razem już bez uda­wa­nia nie­wi­niąt­ka. Tym razem bez­czel­nie, pewna swo­je­go. Od­wró­ci­ła się tyłem i spraw­nym ru­chem ścią­gnę­ła su­kie­necz­kę. Stała przed nim zu­peł­nie naga, złote, gęste włosy spa­da­ły ka­ska­dą, opie­ra­jąc się aż na nie­zwy­kle kształt­nych wy­pu­kło­ściach koń­czą­cych plecy. Zer­k­nę­ła na niego znad ra­mie­nia i za­chi­cho­ta­ła po­now­nie. Za­mia­ta­jąc zło­ci­stą kur­ty­ną, od­wró­ci­ła się i ru­szy­ła w jego kie­run­ku bar­dzo po­wo­li, kro­kiem tak lek­kim i płyn­nym, iż wy­da­wa­ło się, że unosi się nad tur­ku­so­wą trawą. Jej wdzię­ki ko­ły­sa­ły się hip­no­ty­zu­ją­co. Moj­mir wes­tchnął ocza­ro­wa­ny. Przez mo­ment po­ża­ło­wał, że za na­mo­wą ojca, zre­zy­gno­wał z mło­dzień­czych ma­rzeń o na­ukach u poety Nada­ra na rzecz ko­wal­stwa. Miast tego, za­klął dla roz­ła­do­wa­nia emo­cji. Bar­dzo szpet­nie, ale jako czło­wiek kul­tu­ral­ny, bar­dzo cicho, by nie ura­zić nie­wie­ścich uszu. Ogar­nął wzro­kiem jesz­cze raz pełne, ide­al­nie jędr­ne i kształt­ne pier­si z de­li­kat­nie ró­żo­wy­mi sut­ka­mi, smu­kłą talię gład­ko prze­cho­dzą­cą w krą­głe bio­dra, a dalej w do­sko­na­le wy­rzeź­bio­ne uda. Jasna skóra zda­wa­ła się świe­cić wła­snym bla­skiem, roz­ga­nia­jąc cień pa­nu­ją­cy na po­la­nie. Wes­tchnął raz jesz­cze, a zaraz potem jej cie­płe, mięk­kie usta przy­kle­iły się do jego spierzch­nię­tych warg.
Po­czuł cie­pło pier­si przy­ci­ska­ją­cych się do jego torsu, uda opla­ta­ją­ce go w pasie i fi­li­gra­no­we dło­nie wple­cio­ne we włosy. Po­ru­szy­ła się po­cząt­ko­wo wolno, jakby nie­śmia­ło, lecz każdy ko­lej­ny ruch sta­wał się pew­niej­szy, bar­dziej zde­cy­do­wa­ny. Moj­mir, pierw­szy raz w życiu onie­śmie­lo­ny, do­pie­ro po chwi­li za­re­ago­wał piesz­czo­tą na jej gor­li­wość. Wbiła pa­znok­cie w jego plecy, każdy zo­sta­wił ślad, pul­su­ją­cy go­rą­cem, roz­sy­ła­ją­cy dreszcz roz­ko­szy do resz­ty ciała. Jej szyb­ki od­dech po­wo­li prze­ra­dzał się w jęk, za­ję­czał też wiatr mię­dzy drze­wa­mi, choć po­wie­trze na po­la­nie wciąż stało, dusz­ne, go­rą­ce. Ko­chan­ka po­ru­szy­ła się jesz­cze raz, gwał­tow­nie. Oczy miała za­mknię­te. Wy­gię­ła się w łuk, a drze­wa po­chy­li­ły nad nimi. Za­pach kon­wa­lii z mocą ude­rzył w noz­drza Moj­mi­ra – słod­ki, in­ten­syw­ny, osza­ła­mia­ją­cy. Mię­śnie na­pię­ły się w ocze­ki­wa­niu. Białe świa­tło eks­plo­do­wa­ło pod po­wie­ka­mi. Prze­ni­kli­wy ja­zgot pta­ków ucichł, za­głu­szo­ny szu­mem krwi w uszach.
Chłod­na trawa przy­jem­nie ła­sko­ta­ła roz­grza­ne plecy ko­wa­la. Ptaki znów śpie­wa­ły bez­tro­sko, a kilka nie­śmia­łych, po­ma­rań­czo­wych pro­my­ków zdo­ła­ło prze­drzeć się na po­la­nę. Gła­dził ramię ko­chan­ki, ak­sa­mit­ne w do­ty­ku, jesz­cze nie­na­tu­ral­nie roz­grza­ne. Sły­szał jak wzdy­cha, a jej od­dech po­wo­li się uspo­ka­ja.
– Nawet nie wiem jak masz na imię – szep­nął, do­ty­ka­jąc jej karku. Nie od­po­wie­dzia­ła, ale po­czuł, że się uśmie­cha.
– Diana
– Diana – po­wtó­rzył, ba­wiąc się lśnią­cym pu­klem.
– Muszę iść – po­wie­dzia­ła nagle, zwin­nie wsta­jąc.
– Jak to? Kiedy znów się spo­tka­my?
Po­ki­wa­ła prze­czą­co głową.
– Nigdy Moj­mi­rze.
Moj­mir nie przy­po­mniał sobie, by zdą­żył się przed­sta­wić. Otwo­rzył usta, lecz Diana przy­ło­ży­ła do nich swój smu­kły palec.
– Nie mo­żesz być smut­ny – oznaj­mi­ła, prze­ko­na­na o słusz­no­ści swo­ich słów. – Bądź dumny Moj­mi­rze, bę­dziesz ojcem kró­lo­wej.
Pierw­szy raz uśmiech­nę­ła się na tyle sze­ro­ko, że mógł zo­ba­czyć jej zęby – białe, drob­ne i spi­cza­ste .
***
– Dzi­wo­żo­na – stwier­dził ba­jarz bez cie­nia za­sko­cze­nia.
– Ano – mruk­nął Moj­mir – Ale to nie wszyst­ko. Żeby to było wszyst­ko, to może i bym był rad. Osię­bo­rze, chwi­lę póź­niej z krza­ków wy­la­zło jesz­cze pięć, pięć ta­kich jak ona. I one przy­ja­cie­lu… – za­jąk­nął się.
– Wiem co zro­bi­ły – Osię­bor uśmiech­nął się ze zro­zu­mie­niem w swo­ich zbyt mło­dych, nie­pa­su­ją­cych do dłu­giej siwej brody oczach. – Ciesz się, że nie zro­bi­ła tego jak za­wsze, ry­tu­al­nie. Na środ­ku placu. Pod czuj­nym spoj­rze­niem wszyst­kich dzi­wo­żon tej czę­ści kon­ty­nen­tu.
Kowal spur­pu­ro­wiał na po­licz­kach, z re­zy­gna­cją w ciem­nych oczach zła­pał za kufel i opróż­nił go do dna. Po raz ko­lej­ny już tego wie­czo­ra. Osię­bor klep­nął go w ramię i za­śmiał się do­bro­dusz­nie.
– Tak po praw­dzie, nie wiem w czym pro­blem. Sam mó­wi­łeś, dziew­ka ładna, w do­dat­ku kró­lo­wa, a to za­szczyt kró­lo­wą… – prze­rwał na mo­ment, szu­ka­jąc od­po­wied­nie­go słowa. – No, ten… W każ­dym razie, po­chę­dóż­ka przed­nia…
– Słu­chaj no, Osię­bor – za­pe­rzył się Moj­mir. – Mia­łem dzie­wek wię­cej, niż ty bajań znasz, a i roz­ma­it­sze niż twoje bajki były – Osię­bor chciał za­prze­czyć, ale nie miał w zwy­cza­ju sze­rzyć nie­praw­dy, więc ski­nął tylko. – I ja ci mówię, to po­chę­dóż­ka nie była, to… było coś wię­cej.
– To może ta le­śni­ca wcale nie przy­pad­kiem cię wy­bra­ła. Sam nie wiem, czy bar­dziej je­steś sław­ny jako kowal, czy jako kur­wiarz. Chwa­lą cię pa­nien­ki, przy­znam nie­chęt­nie – przy­znał Osię­bor, fak­tycz­nie nie­chęt­nie – Może kró­lo­wa chcia­ła mieć pew­ność, że…
Jed­nak nim ba­jarz skoń­czył na głos roz­trzą­sać mo­ty­wy le­śnej kró­lo­wej, drzwi karcz­my otwo­rzy­ły się sze­ro­ko, wpusz­cza­jąc do dusz­ne­go wnę­trza nocne, rześ­kie po­wie­trze pach­ną­ce ma­ciej­ką. W drzwiach uka­za­ła się ko­bie­ta o pło­mien­nych wło­sach, ubra­na w czar­ne spodnie do jazdy i cien­ką, pur­pu­ro­wą ko­szu­lę.
– Niech to dia­bli – za­klął Moj­mir, gwał­tow­nie co­fa­jąc się w cień.
Osię­bor chciał po­ma­chać w kie­run­ku ko­bie­ty, lecz kowal sta­now­czym ge­stem przy­trzy­mał jego rękę. Dla utrwa­le­nia prze­ka­zu kop­nął ba­ja­rza w kost­kę.
– Au – jęk­nął tam­ten z wy­rzu­tem. – To prze­cież To­mi­ra. Co? Już nie pla­nu­jesz się z nią żenić?
Tym­cza­sem To­mi­ra ro­zej­rza­ła się czuj­nie. Nie znaj­du­jąc wi­docz­nie tego, czego szu­ka­ła od­wró­ci­ła się na pię­cie i opu­ści­ła karcz­mę od­pro­wa­dza­na tę­sk­ny­mi spoj­rze­nia­mi za­sia­dłych przy ła­wach bie­siad­ni­ków.
– Pla­nu­ję… chyba. Ta dziew­czy­na znów ka­za­ła mi się za­pi­sać do któ­rejś z tych głu­pich gil­dii, a ja zu­peł­nie za­po­mnia­łem to zro­bić.
– Za­po­mnia­łeś, hę? A możeś za­nie­chał, bo gdy­byś się za­pi­sał, pa­nien­ka zgo­dzi­ła­by się w końcu przy­jąć oświad­czy­ny, a ty, zo­bo­wią­za­ny, nie mógł­byś już po­chę­do­żyć bez­kar­nie na fe­sty­nach, co?
Moj­mir zmil­czał. Wpa­try­wał się z za­in­te­re­so­wa­niem w ścia­nę po dru­giej stro­nie sali.
– Do licha! Osię­bor! Ta gil­dia… To prze­cież klika zde­spe­ro­wa­nych wa­ria­tek – ryk­nął Moj­mir kle­piąc się w czoło z gor­li­wo­ścią wartą innej spra­wy.
– To te od pusz­czy? Te, co chcą ją wy­kar­czo­wać, by  znieść ogra­ni­cze­nia bu­dow­la­ne, żeby co za­moż­niej­si wiel­mo­że mogli bu­do­wać się bli­żej pa­ła­cu, a nie, jak teraz, za łu­kiem? Ofi­cjal­nie, bo sły­sza­łem, że o dzi­wo­żo­ny ba­ła­mu­cą­ce mężów cho­dzi…
– No te! Do­kład­nie. Już ja im po­ka­żę. Już ja… po­ru­szę wszyst­kie zna­jo­mo­ści. Nie tkną pusz­czy tymi swo­imi po­ob­gry­za­ny­mi pa­zu­ra­mi…
– Teraz już je­stem pe­wien, że ta leśna panna nie wy­bra­ła cię przy­pad­ko­wo, przy­ja­cie­lu.
Moj­mir uniósł brew, ale nie od­po­wie­dział. W gło­wie snuł już plan, by uniesz­ko­dli­wić zde­spe­ro­wa­ne wa­riat­ki.
– Znasz bajkę o gło­wie i szyi? – za­py­tał Osię­bor nagle.
– Nie – od­po­wie­dział Moj­mir szyb­ko. Prze­pro­sił przy­ja­cie­la i po­śpiesz­nie opu­ścił karcz­mę. Mu­siał teraz zająć się po­waż­niej­szy­mi spra­wa­mi, niż słu­cha­niem, bądź co bądź do­sko­na­łych, opo­wie­ści Osię­bo­ra.
– Może to i le­piej – stwier­dził cicho ba­jarz.

1 komentarz:

  1. Fajne! Przypomina mi nieco opowiadania Daniela Laskowskiego z www.xxx-przygoda.bloog.pl. Pozdrawiam Autorkę!

    OdpowiedzUsuń