26 marca 2015

Krąg Henryka

– C-co się stało? – jęknął Henryk.
Jeszcze przed chwilą czuł ból. Potworny, wszechogarniający, zabójczy. A teraz rozsadzający każdą komórkę od wewnątrz ogień zniknął. Nagle. Niespodziewanie.  Wspomnienie oślepiających reflektorów i pisku opon sprawiło, że wzdrygnął się.
– To już nie ma znaczenia – odpowiedział mu znudzony głos. – No już, koniec tego wylegiwania, przespałeś sąd. W zasadzie nic ciekawego, ale zawsze…
– S-sąd? Jestem o coś oskarżony? – Henryk przerażony zamrugał.
Tuż obok niego, o ścianę kamiennego tunelu opierał się niewysoki mężczyzna, ubrany w zamszową kurtkę, skórzane spodnie i niezgrabne, cieniowane buty na wysokich koturnach. Jego głowę zdobiła ekscentryczna fryzura w kształcie rogów. Henryk przyglądał się przez moment specyficznemu jegomościowi. Nie mógł się przez niego skupić. Mimo to nie przypominał sobie, by na trasie, którą jechał, był jakiś tunel, ale po wypadku mógł jeszcze nie myśleć dość jasno. Białe, ciepłe światło padało zza pleców Henryka. Reflektory auta? Obrócił się, lecz zobaczył tylko ciągnący się dziesiątkami metrów korytarz. Gdzieś w oddali kończył się plamą jasności, na której tle można było dostrzec miniaturowe cienie kilku postaci.
– Czyli teraz powinienem iść w stronę światła? – zażartował niepewnie.
– Nie tym razem. – Dziwny człowieczek pokiwał przecząco głową. – Za mną.
– Dokąd?
– Tam gdzie cię przydzielili. Do piekła.
Henryk zatrzymał się gwałtownie.
– Czyli umarłem? – zapytał zbity z tropu.
– Bystry to ty nie jesteś, co?
– A ty niby kto? Diabeł?
– Diabłów jest dużo. Jestem Belzebub  – człowieczek wyszczerzył igiełkowate zęby i zmarszczył lekko czerwony nos. – Skoro wszystko jasne, ruszajmy – ponaglił go.
Henryk nie chciał iść za nieznajomym, nie wierzył w ani jedno jego słowo, ale nogi same poprowadziły go w ślad za diabłem. Korytarz zwężał się szybko, aż w końcu przeszedł w kamienne, kręcone schody. Mężczyzna stawiał ostrożnie stopy na wąskich, wyślizganych stopniach, by nie wylądować na plecach Belzebuba. Wcale nie spieszyło mu się, by zobaczyć piekło. Wciąż miał cichą nadzieję, że to sen. A jeśli nie, to że święty Piotr – czy kto tam go tu zesłał – się pomylił. Przykładnym katolikiem może nie był, ale żeby od razu do gara?
– Zabiłem kogoś w tym wypadku? – zapytał tknięty nagłym przeczuciem.
– Ciebie zabili. Nie twoja wina – odpowiedział diabeł obojętnie.
Mężczyzna westchnął nieco uspokojony. Zabójcą nie był, a to zawsze argument na korzyść. Stopnie skończyły się, a przywykłe do mroku oczy Henryka poraziło jaskrawe światło.
Daleko jak okiem sięgnąć rozpościerała się zalana słońcem, usiana kolorowymi leżakami łąka. Siedzący na nich ludzie mieli duże, wojskowe lornetki, przez które patrzyli w kierunku niemożliwego do zidentyfikowania punktu na niebie. Gdzieniegdzie z ziemi wystawały jeszcze pieńki, na których leżakujący stawiali chłodzące napoje.
– Co oni robią?
– Tęsknią. W teorii. Tak naprawdę, mogą oglądać to, co się dzieje na ziemi. Po wykupieniu odpowiedniego pakietu, ma się dostęp do opcji wyboru miejsca i daty transmisji. – Diabeł wzruszył ramionami.
– Lepsze niż telewizja. Zostanę tu? – zapytał Henryk z nadzieją.
– Ochrzczony byłeś – odpowiedział zdawkowo Belzebub.
– To kręgi piekieł? – zapytał Henryk, gdy przewodnik poprowadził go w kierunku kolejnej klatki schodowej.
– Mhm.
 Wbrew temu, co wpajano mu od dzieciństwa, piekło wcale nie wyglądało tak źle. W drugim kręgu było ciemno, lecz między ogromnymi drzewami dostrzec można było płomyki świec. Do uszu Henryka dochodziły strzępki, opowiadanych ściszonymi głosami, romantycznych historii i gorących zapewnień. Bardziej wyczuwał niż widział liczne grupki, siedzących blisko siebie ludzi. Szepty i chichoty towarzyszyły im aż do momentu, gdy las przerzedził się, płynnie przechodząc w oświetloną tysiącem lampionów polanę. Na jej skraju siedziało olbrzymie, trzygłowe psisko. Każdy z oślinionych pysków żarłocznie oblizywał swoją kość. Henryk stanął skonsternowany. To już trzeci krąg, a wciąż nie udało mu się ujrzeć na twarzach mijanych osób oznak cierpienia, próżno też było szukać ognia, rzek lawy, czy czegoś podobnego. Wręcz przeciwnie. Ten krąg jawił się jako miejsce błogiego wypoczynku, ucztowania i kontynuowania pasji z życia ziemskiego. Wokół obficie zastawionych stołów siedzieli w wygodnych fotelach biesiadnicy. Pod ich stopami skrzył się lód, lecz chłód im nie dokuczał. Ubrani w skóry i wsparci ciemnoczerwonym trunkiem, wyśpiewywali sprośne piosenki. Serce Henryka zaczynało podskakiwać z podekscytowania. Czyżby czekała na niego wieczność w miejscu lepszym niż raj? Choć początkowo planował wyprzeć się wszystkich zarzucanych mu czynów, teraz wypełniła go chęć składania nagłych donosów. Na samego siebie. Grzeszne było jego życie. Zdecydowanie.
– Czy… czy tu nie powinno być inaczej? Strasznie? Źle? Boleśnie? – upewnił się jeszcze.
– Powinno – burknął diabeł. – Ale nie jest. Ten… Najwyższy… sam nie przyjdzie sprawdzić, a anioły też mają potrzeby. Każdego można kupić, prawda starsza niż świat.
Henryk pokiwał gorliwie głową. Znał tę prawdę z autopsji, a jakże.
Faktycznie, zwrócił uwagę na zakapturzone postacie, kryjące się w cieniu. Były dziwnie niezgrabne, jakby z garbem na plecach i śpiewały nieco mniej śmiało, niż pozostali towarzysze tej wątpliwej niedoli.
– Cwane – pochwalił.
– Cwane – zgodził się Belzebub. – Idziemy dalej.
Poziom niżej znajdował się kolorowy targ, pełen przekrzykujących się przekupniów i straganów wypełnionych najróżniejszymi towarami. Belzebub ze znudzoną miną poganiał Henryka za każdym razem, gdy przystawał, by pogapić się na demonice, bezwstydnie przymierzające połyskujące brokatem, pstre stroje.
Niespodziewanie diabeł pociągnął go w wąską uliczkę. Stanęli przed połyskującymi metalem drzwiami.
– Winda? – zdziwił się Henryk. – Myślałem, że wolicie… bardziej konwencjonalne rozwiązania. Nie mogliśmy tak od razu? – rzucił, nim ugryzł się w język.
– To pierwszy szyb jaki mamy. Można się poruszać tylko między poziomami czwartym, a ósmym.
– Czemu? Nie możecie dobudować?
– A czemu czekaliście siedemdziesiąt lat na pierwszą nitkę metra? A potem dwadzieścia na kolejną?– odciął się Belzebub, popychając Henryka przed sobą do niewielkiej klatki.
– Co jest na piątym, szóstym i siódmym? – zapytał Henryk, gdy maszyna z cichym jękiem opadała, by zatrzymać się na poziomie ósmym.
– Spa, platforma dyskusyjna i ogród botaniczny. Nic ciekawego, dla tak wprawionego grzesznika jak ty.
Podłechtany pochlebstwem mężczyzna uśmiechnął się chytrze i wypiął pierś. Właśnie osiągnęli ostatni krąg, do którego mógłby przynależeć, biorąc pod uwagę życiowe dokonania. Henryk zatrzymał się i założył ręce na piersi.
– No w zdradę to mnie nie wrobisz – zaperzył się, wpijając natarczywe spojrzenie w kierującego się do niższego poziomu Belzebuba. Ten krąg w zasadzie podobał mu się najbardziej. Zwłaszcza dół uwodzicieli, gdzie grzeszący w ten sposób mężczyźni i kobiety bezustannie flirtowali, ocierali się o siebie i czort raczy wiedzieć co jeszcze. A Henryk miał nadzieję, że w zakrzewionej części dołu może liczyć na bardzo dużo tego jeszcze. Do grzechu uwodzicielstwa się przyznawał, bez wykrętów. W razie czego żonę jego własną na świadka powołać mogli, ona też by chętnie potwierdziła.
– Idziemy dalej. Do kręgu dziesiątego – odparł stanowczo Belzebub.
– Dziesiątego? To nie jest ich dziewięć?
Nie uzyskawszy odpowiedzi, ruszył za diabłem. Teraz był pewien, że jeszcze chwilę wcześniej się mylił. W chaszczach ósmego kręgu pewnie nie działo się nic. Dziesiąty. Tak, to właśnie tam musiało dziać się to wszystko, na co liczył. Zacierając ręce prawie popychał Belzebuba, by się pośpieszył. Niemal nie zauważył kompletnie pustego, dziewiątego poziomu.
– Gdzie wszyscy? – zagadnął od niechcenia, niezbyt zainteresowany odpowiedzią.
– To zdrajcy – Belzebub pierwszy raz się uśmiechnął. – Trudno od nich wymagać, że zostaną tam gdzie być powinni, kiedy wyżej tyle atrakcji. Jesteśmy – dodał przewodnik, gdy ich stopy dotknęły twardej ziemi po długim zjeździe krętą rynną. Uśmiech Belzebuba stał się złośliwy. Dopiero teraz Henryk dostrzegł bezlitosny błysk w jego oczach.
– Ale… ale jak to? – jęknął na widok niewyobrażalnych rozmiarów bieżni, po której z udręczonymi minami maszerowali zesłańcy dziesiątego kręgu.
– Tak to! – zawołał triumfalnie diabeł. – Nawet nie wyobrażasz sobie, ile kilometrów nadłożyłem z kopyta przez takich jak ty! Myślisz, że w tych butach było mi wygodnie? To za wszystkie udręczone diabły. I ludzi. Przy okazji.
– A Dante pisał o dziewięciu kręgach! – spróbował Henryk w próbie bezsensownego protestu.
– Bo w jego czasach nie było idiotów, stających na dwóch miejscach parkingowych!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz